RSS
 

I – Nauczyciel pośród gór

27 maj

- Z lewej. – Szczęk mieczy.

- Z prawej. – Ten sam odgłos.

- Z góry. -Kolejny raz ten sam dźwięk rozległ się pośród Gór Andaryjskich. Głos ten już od wielu dni rozbrzmiewał dzień w dzień, świadcząc o treningu dwóch osobników. Wysokiego mężczyzny oraz młodego chłopaka, wyglądającego na jakieś siedemnaście lat, co zresztą było prawdą, bo właśnie tyle lat miał.  Był średniego wzrostu, miał burzę brązowych włosów i wygląd zwykłego chłopaka, innymi słowy – nic specjalnego. Wyższy i wyraźnie starszy mężczyzna, pełniący teraz rolę nauczyciela chłopaka, wyglądał na coś koło trzydziestu lat. Miał długie, czarne jak noc włosy. O ile przez większość czasu były one rozpuszczone, to jak zwykle podczas treningu związał je za sobą, żeby mu nie przeszkadzały podczas treningów.

- Pchnięcie. – Chłopak sprawnym ruchem zmienił kierunek uderzenia miecza swojego nauczyciela, ten jednak się tego spodziewał i nie uprzedzając tym razem swojego ucznia o następnym ruchu, zrobił błyskawiczny obrót. W ostatniej chwili, kiedy miecz był już niebezpiecznie blisko ramienia chłopaka, delikatnie obrócił go i uderzył jego płazem. Chłopak odskoczył i popatrzył z wyrzutem na swojego nauczyciela.

- W walce nikt nie będzie cię informował o swoim następnym ruchu. Musisz umieć obserwować przeciwnika, żeby wiedzieć, gdzie wymierzy cios. A jak będziesz wiedział, gdzie masz się bronić, to będziesz mógł się obronić. – Czarnowłosy powiedział to obojętnym tonem, przyjmując postawę bojową – z lekko rozstawionymi nogami i uniesionym mieczem. Poczekał chwilę, aż jego towarzysz również przybierze odpowiednią postawę, i kontynuowali trening. Znowu rozległ się głos mężczyzny informujący o miejscu w które będzie uderzał. Czas powoli mijał, a po jakimś czasie brązowowłosy był już cały zlany potem.

- Nie mam już siły, wystarczy na dzisiaj! – Wyrzucił z siebie, wbijając miecz w ziemię.

- Dobra, pora odpocząć. – Długowłosy w dwóch krokach znalazł się koło chłopaka, wyciągając wbity miecz z ziemi i ruszając ku niewielkiej chatce, która była kilka metrów dalej.

Mały, drewniany budynek był położony na odludziu. W promieniu dnia drogi była tu tylko wioska. Obok chatki była przybudówka, w której były dwa konie.  Wszystko to znajdowało się na dość sporej polanie. Miejsce ich zamieszkania znajdowało się kilka minut drogi od lasu, a około godziny od wąskich wąwozów pomiędzy piętrzącymi się wysoko górami. Tak naprawdę nikt w te tereny się nie zapuszczał, więc obu mężczyznom nie groziło żadne niechciane towarzystwo. A oni, skąd się tutaj wzięli? Chłopak nie wiedział jak dokładnie on sam się tutaj znalazł. Carnivean – bo tak jego mistrz się nazywał – mówił mu tylko, że znalazł go w okolicy nieprzytomnego, to już było kilka miesięcy wcześniej. Dlaczego był nieprzytomny? Jak się tam znalazł? Ani jeden, ani drugi nie wiedział. Co ciekawsze, młody chłopak nie pamiętał też nic ze swojej przeszłości, więc można by rzec, że zaczął życie od nowa. Tylko lat mu nie ubyło.

Carnivean natomiast na każde pytanie dotyczące jego przeszłości odpowiadał krótko :”to nudna historia, nie chcę cię zanudzać”, lub coś podobnego. W każdym razie Marc, jak się nazywał chłopak, wielokrotnie próbował wyciągnąć z niego tę nudną historię, ale nigdy mu się nie udało. W końcu też odpuścił sobie ten temat, wiedząc, że i tak nie uda mu się namówić czarnowłosego do opowieści. Chociaż musiał przyznać, że bardzo go to ciekawiło.

- Jutro wybierzesz się sprawdzić wnyki. Wydaje mi się, że już najwyższa pora.  – Po tych słowach sylwetka mężczyzny zniknęła w chatce. Chłopak przez chwilę jeszcze siedział na gołej ziemi, ciężko oddychając. Z każdą chwilą jednak jego oddech się uspokajał. Przypomniał sobie rozmowę z Carniveanem sprzed kilku dni.

„- Za jakiś czas będziemy musieli się rozejść, każdy w swoją drogę.
- Ale dlaczego?
- Nie mogę zostać tu na zawsze, a ty musisz pójść do ludzi i nie mieszkać na odludziu.
- Ale…
- Nie ma żadnego ale. Musisz poznać ludzi, zobaczyć miasta, wioski i poznać prawdziwe życie. Przynajmniej będziesz umiał się obronić. Dostaniesz ode mnie parę sztuk złota, na początek ci wystarczy. Później? Będziesz musiał sobie jakoś radzić sam.
- Nie chcę…
- Ale musisz. Ja muszę udać się w moją podróż.
- To dlaczego nie mogę podróżować z tobą?
- Bo to będzie niebezpieczna podróż, a ty mi będziesz tylko zawadzał. Będzie mi wystarczało martwienie się o swoją własną dupę, niźli oglądać się jeszcze na niedoświadczonego młokosa.
- Przecież uczysz mnie walczyć, dam sobie radę!
- Nie dasz sobie rady, nie masz doświadczenia w takim podróżowaniu i jak mówiłem, będziesz mi zawadzał. A teraz idź po drzewo na opał bo już się kończy. Dołóż do paleniska a ja idę spać.”

Marc wtedy bez słowa opuścił chatkę i po parunastu minutach faktycznie przyniósł trochę drewna na opał. Kiedy wrócił, Carnivean już spał na swoim miejscu. Chatka składała się z dwóch pomieszczeń. Jedno pełniło funkcję salonu, wyposażonego w dwa proste, drewniane łóżka (chociaż to troszkę za duże określenie), palenisko, stół i dwa krzesła. Drugie pomieszczenie było niewielkie i było czymś na kształt małego magazynu. Tam przechowywali miecze oraz wszystkie mniej lub bardziej potrzebne przedmioty.

Chłopak wyrwał się z zamyślenia, już trochę ochłonął po treningu. Ściemniało się. Zerknął w stronę chatki i zauważył, że drzwi jak zwykle w takiej sytuacji są otwarte. Dopatrzył się blasku ognia w palenisku, więc pomyślał, że pójdzie jeszcze nazbierać trochę gałęzi, żeby w nocy było im cieplej. Zdawał sobie sprawę, że noce w tych okolicach były naprawdę chłodne, więc lepiej się zabezpieczyć na takie okoliczności.  Po paru minutach dotarł do lasu i zaczął zbierać gałęzie. Kiedy już uzbierał ich trochę, rozejrzał się. Było już ciemno. Zmarszczył brwi.
Aż tyle czasu minęło?”. Pora wracać.
Dobrze orientował się w terenie, więc wiedział, że bez problemu trafi do chatki. Ruszył w jej kierunku. Nagle usłyszał za sobą szelest. Odwrócił się, lecz była tam tylko ciemność Nic nie było widać. Stał przez chwilę, wpatrując się w tę nieprzeniknioną ciemność i po paru sekundach wzruszył ramionami.
„Wydawało mi się…”.
Obrał znowu prawidłowy kierunek i ruszył przed siebie. Wtem usłyszał chichot. Zatrzymał się, wstrzymując oddech i nasłuchując. Chichot cały czas był ledwo słyszalny, ale nie wiedział skąd. Z lewej… z prawej… z tyłu… tylko z przodu nie. Gdyby mógł się zobaczyć, to zdałby sobie sprawę z tego, że był strasznie blady. Przyspieszył oddech i ruszył szybko przed siebie. Im dalej szedł, tym chichot narastał. Jednak nadal nie dało się określić miejsca, z którego dobiegał.

Ruszył biegiem.

Po chwili wybiegł z lasku i szybko dobiegł do chatki. Był zdyszany. Zamknął za sobą drzwi i machinalnie odstawił gałęzie na miejsce obok paleniska. Carnivean obrzucił go zdziwionym spojrzeniem.

- Co się stało? – Zapytał.

Chłopak opowiedział wszystko, a opiekun przeczesał palcami włosy.

- Wydawało Ci się. – Machnął ręką i wbił nieobecne spojrzenie w ogień w palenisku. Marc doskonale znał ten wzrok – nie było sensu nawet próbować namówić teraz mężczyzny do rozmowy, odpłynął. Chłopak był pewien, że mu się nie wydawało. Ale wiedział też, że przy Carniveanie jest bezpieczny. Tym bardziej nie chciał go opuszczać już w najbliższej przyszłości. Położył się na swoim miejscu i też pogrążył się w myślach. Po parunastu minutach zasnął…

***

 Ocknął się. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie widział nigdzie swojego mistrza. Drzwi były otwarte i do pomieszczenia wdzierały się podmuchy wiatru. Słyszał dudnienie kropel deszczu o dach. Przeciągnął się i wstał. Po chwili wyszedł i zobaczył Carniveana stojącego przed chatką.
- Mistrzu?
- Ach, już nie śpisz. To dobrze.
- Idziemy sprawdzić wnyki?
- Zmiana planów chłopcze. Dzisiaj się rozejdziemy.
- Ale dlaczego?! – Marc aż podniósł głos i zbliżył się do mężczyzny.
- Pogoda jest jaka jest. Nie ma sensu teraz się wybierać do lasu, żeby znaleźć wnyki. Ciężej byłoby wrócić, w końcu sam dobrze wiesz, że wnyki są dalej. Chciałem jutro się rozejść. Ale widocznie nie ma sensu zwlekać.
Chłopak milczał.
- Rozumiem, że się boisz. Ale dasz sobie radę. Zobaczysz. Weźmiesz jednego konia. Dam Ci jedzenie na drogę. Tak jak mówiłem, dostaniesz złoto, żeby mieć na początku za co żyć. Tylko nie obnoś się z pieniędzmi. Dużo ich mieć nie będziesz, a jak ktoś je ukradnie, to będziesz mieć problemy, a ja ci w nich już nie pomogę. Też dziś wyjeżdżam.
- Ale ja nie chcę…
- Nie masz wyboru. Za godzinę ruszamy w swoje strony. Spakuj swoje rzeczy. Dużo nie masz. Ty też dużo nie ważysz. Wierzchowiec da sobie radę. Do najbliższego miasta dojedziesz w dwa dni. Po drodze natkniesz się na jedną wioskę. Tam przenocujesz. Jest mniej więcej w połowie drogi, więc w sam raz. No, a teraz się pakujemy.

***

 Byli gotowi. Zarówno Marc, jak i Carnivean. Mężczyzna stał przy swoim wierzchowcu. Odziany był w aksamitnie czarny płaszcz, którego Marc wcześniej nie widział. Nic jednak nie mówił. Jego były już mistrz czekał na chłopaka. Przyprowadził on swojego konia i popatrzył ze smutkiem na swojego dotychczasowego towarzysza. Ten zdał sobie sprawę z jego obecności i odwrócił w jego stronę.
- Więc to już. Weź ten miecz.  Pochwę na niego masz, więc bronić czym się będziesz miał jak coś. – Zbliżył się do chłopaka i położył mu dłoń na ramieniu.
- Dasz sobie radę. Wierzę w Ciebie.
- Dzięki… A ty? Gdzie wyruszasz?
- Przed siebie. Jak los będzie chciał, to się spotkamy.

Chłopak pochylił głowę.
- Dziękuję… za wszystko. Za uratowanie, za pomoc, za nauki, za ochronę… za wszystko.
- A tam… nic specjalnego, miła odmiana. No. Czas nagli. Powodzenia.
- Powodzenia, mistrzu. – Carnivean uśmiechnął się i wskoczył w siodło. Popatrzył na Marca, który też teraz dosiadł swojego wierzchowca. Skinął mu głową i ruszył w stronę gór. Chłopak podążał za nim wzrokiem, dopóki nie zgubił spojrzeniem jego sylwetki. Westchnął głośno.
- Czyli muszę dać sobie radę sam… Obym dał radę

Po tych słowach uderzył lekko piętami w boki wierzchowca

- Wio!

I ruszył, nie wiedząc co go spotka na drodze. Miał tylko jedną nadzieję – że da sobie radę i nie zawiedzie swojego mistrza.

W następnej części…

II – Zakon.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Opowiadanie...